Książka... bez żadnego tytułu
napisana przez Jana Mulaka
przy współpracy z synem Januszem Mulakiem

 

fragmenty wybrane
 
 
Jestem wystawiony Gestapo
Gryps od przyjaciela, z kazmatów na Szucha.
 
Katowany "Kostek" załamał się kompletnie w śledztwie i nie tylko wskazał znane mu adresy członków Milicji, ale, krążąc z gestapowcami samochodem po Warszawie, brał udział w polowaniu na swoich niedawnych towarzyszy.
W nocy z 12 na 13 stycznia 1944 r. , jak donosił "kronikarz" RPPS z "Antyku" w raporcie z dnia 18 stycznia "W ramach akcji antykomunistycznej nakryto dwie maszyny drukarskie należące do RPPS. Dwu ludzi aresztowano, trzeci uciekł. Jednym z aresztowanych jest Słupski ps. "Siwy", szef prasowy. W związku z tym poszukiwany jest Mulak, jeden z przywódców RPPS. Przypuszcza się, że gestapo posiada w RPPS mocną wtyczkę, której zawdzięcza ostatnie rozpracowania i możliwości aresztowań".
Gestapo zapewne przy pomocy zmaltretowanego "Kostka", który przecież nie był wtyczką gestapo, odnalazło naszą drukarnię zainstalowaną na terenie obecnych Sadów Żoliborskich. W drukarni pracowali przy odbijaniu "Robotnika" dwaj bracia Janiccy i Jerzy Cygański. Ryszard Janicki zdołał zbiec, a gestapo zatrzymało dwóch pozostałych.

 

W tej sytuacji przejąłem dowodzenie nad ewakuacją przez kanały. Główny właz mieścił się na placyku przy zbiegu Puławskiej i Szustra, a włazy pomocnicze na Szustra przy Bałuckiego oraz na ulicy Odolańskiej. Chętni do ewakuacji gromadzili się na wielkich dziedzińcach czworoboków domów przyległych do ul. Szustra. Stąd przez furtkę byli wpuszczani pojedynczo do głębokiego wykopu biegnącego w poprzek ulicy i osłoniętego wysokim wałem ziemnym, skąd wychodzili na przedpole kryjąc się pod ścianą. Tu następował ostatni skok do włazu. W furtkach ustawiłem lekarzy, aby decydowali, którzy ranni wytrzymają trudy przejścia kanałami, wiedzieliśmy już przecież o ewakuacji szpitali ze Starego Miasta do śródmieścia. Lekarze okazali się jednak zbyt litościwi. W pewnym momencie, a było to już po drugiej w nocy, kanał został zablokowany przez niesprawnych rannych. Napięcie rosło, przed oczyma stawało coraz bardziej realne widmo niewoli i śmierci. Wysłałem patrol, aby przedarł się do kanału głównego przez uszkodzony właz na Odolańskiej i oczyścił zapchany kanał dobiegowy, wciągając zemdlonych do kanału głównego. Zaabsorbowany tą akcją nie zauważyłem, że przerwana została tama regulująca dopływ ewakuujących się powstańców i cywilów. Okop na ul. Szustra zaroił się, a kilkuset ludzi przeszło przez nasyp, choć kryli się jeszcze pod ścianami. W każdej chwili mogła wybuchnąć panika i tłum runąłby, depcząc się, do wąskiego włazu kanału. Wschodnia strona nieba powoli jaśniała. Szum przy włazie na pewno zaalarmowałby Niemców, masakra byłaby nieunikniona.

 

Za plecami Zambrowskiego.
Dziwny wyrok Centralnego Sądu Partyjnego PPS
 
W rezultacie tej "działalności" zostałem zawieszony w prawach członka partii, a sprawa została oddana do Centralnego Sądu Partyjnego. Pierwszym sygnałem było pismo przewodniczącego CSP, Henryka świątkowskiego do mnie i do CKW PPS, gdzie wysunięto pierwsze pretensje pod moim adresem. Jako narzędzia postraszenia mnie użyto "lewicowca" H. świątkowskiego, który objął właśnie tekę ministra sprawiedliwości. Jego pismo datowane było 11 września 1945 roku, czyli trzy miesiące od wybrania mnie do Komitetu Wojewódzkiego w Katowicach. Zostałem wezwany "na dywanik" do Sekretarza Generalnego CKW PPS Józefa Cyrankiewicza. Centrala partyjna w Warszawie mieściła się jeszcze w małym domku przy ulicy Szwedzkiej. Wyraźnie czułem jego skrępowanie wśród stylowych mebli i dywanów. Żywo odczuwał kontrast między barakami obozowymi a umiarkowanym luksusem tymczasowej siedziby CKW. Rozmowa była spokojna. Zwracał on uwagę na konieczność nie drążenia komunistów i ich sojuszników w PPS, ja nakreśliłem mu tło okupacyjnych podziałów, o których nie miał dokładnych informacji.
Po powrocie na śląsk byłem już ostrożniejszy w wypowiedziach, ale nie zahamowało to rozpoczętej przeciw mnie ofensywy. Dyspozycyjny Baranowski i jego zespół postanowili mnie wyrzucić z Katowic posługując się Centralnym Sądem Partyjnym . W dniu 11 grudnia otrzymałem akt oskarżenia datowany w dniu 29 listopada. Siedem naciąganych zarzutów dotyczyło okresu okupacji, ostatni ósmy, dotyczył spraw bieżących. Zarzucano mi "że w roku 1945, w miesiącach letnich, jako członek WKR PPS w Katowicach uprawiałem destrukcyjną robotę twierdząc w rozmowach z towarzyszami, że ja reprezentuję prawdziwy RPPS jako były Sekretarz Generalny tej organizacji zaś tow. tow. Osóbka i Baranowski są podstawionymi przez PPR"
Oskarżenie było dziwne, bo brak było oskarżyciela. Pismo CSP skierowane do mnie przez WK PPS w Katowicach głosiło tylko enigmatycznie, że do CSP wpłynęło przeciw tow. Janowi Mulakowi następujące oskarżenie. Wśród świadków oskarżenia figurowali moi okupacyjni adwersarze: F. Baranowski, R. Kembrowski i K. Strusińska oraz ich terenowi sojusznicy: Żmijewski i Dąbek.
Odpowiadając na to pismo sformułowałem wyjaśnienia zauważając na wstępie, że w decyzji CSP wkradły się niezgodności ze statutem partyjnym. Odpowiadając na ostatni zarzut stwierdziłem wykrętnie, choć prawdziwie, że "towarzyszy Osóbkę-Morawskiego i Baranowskiego znam od roku 1937 jako członków PPS i pomawianie ich przeze mnie o funkcje podstawionych działaczy z naszej bratniej Partii PPR, jest absurdem".
Wobec przekroczenia norm statutowych zażądałem wyłączenia ze sprawy przewodniczącego Centralnego Sadu Partyjnego, H. świątkowskiego, który się tych nieprawidłowości dopuścił. W rezultacie przewodniczącym zespołu sędziowskiego został dr. Józef Żuniak, pracownik prezydium Rady Ministrów, człowiek przyzwoity acz bezbarwny. Centrala partyjna uznała widocznie, że zawieszenie mnie przez CSP było nieformalne, bo 31 stycznia 1946 roku otrzymałem pismo CKW podpisane przez II sekretarza W. Reczka, że : "na mocy uchwały Prezydium CKW PPS z dnia 23 I 1946 roku zostaliście zawieszeni w prawach członka za wystąpienia na terenie śląska niezgodnie z linią polityczną partii. Sprawę Waszą przekazano do Sądu partyjnego". Ponieważ akt oskarżenia datowany z 29 XI 1945 był mi już wręczony 11 grudnia, decyzja Prezydium CKW była więc już tylko przyklepaniem faktu dokonanego przez zgrany zespół "lewicy".
A działali oni nie przebierając w środkach. Oto zarzut zawarty w punkcie 7 miał charakter niebezpiecznego donosu, którego konsekwencją mogły być tragiczne dla oskarżonego skutki. Anonimowi oskarżyciele donosili bowiem, że zażądałem od podległej sobie Milicji RPPS w czasie okupacji "wykonania wyroków śmierci między innymi na towarzyszu Edwardzie Osóbce-Morawskim". Jakby nie było aktualnym Premierze Polskiego Rządu Tymczasowego w momencie redagowania tego oskarżenia.
Odpowiadając na zarzuty w piśmie z dnia 5 I 1946r. sprostowałem dwa fakty. Po pierwsze: "Milicja nie była mi podległa w owym czasie w jakiejkolwiek formie. Po drugie zaś wykonanie wyroku śmierci nie mogło być polecone inaczej jak tylko po jednogłośnej uchwale CK partii, a wniosek taki nie wpłynął, co mogą zaświadczyć wszyscy żyjący członkowie ówczesnego CK, z przewodniczącym Piotrem Gajewskim na czele".
Trzeba przypomnieć, w jakich czasach przyszło mi odpierać te absurdalne zarzuty. Tysiące ludzi rozwalano za "próbę obalenia ustroju", a ile było tajemniczych zabójstw politycznych, z których najgłośniejsze to skrytobójcze zamordowanie sekretarza PSL ścibiorka. śmierć krążyła wokół mnie i na śląsku. Najpierw zamordowany został sekretarz Komitetu Powiatowego PPS w Rybniku i to przez członków UB czy MO powiązanych podobno z podziemną organizacją "Samodzielna Grupa Konspiracyjna Wojsko Polskie", ale w tych czasach i sprawach trudno było oddzielić ubecką prowokację od rzeczywistych zamachów antyrządowych. Nie mniej tajemnicza była śmierć Romana Motyki, śląskiego działacza socjalistycznego, największego formatu wśród wtedy żyjących, który po okresie wahań zdecydował się aktywizować w ramach legalnego PPS. Zastrzelił go manipulując nieostrożnie bronią jego rzekomo bliski przyjaciel. R. Motyka członek kierowniczej trójki WRN na śląsku, mógł znaczne rozszerzyć i wzmocnić śląski zespól PPS.
Jeszcze bardziej tajemnicza była śmierć mojego młodego przyjaciela Henryka Południaka, zdegradowanego już wcześniej przewodniczącego zarządu wojewódzkiego OM TUR. Po wizycie w siedzibie organizacji wyjeżdżał on na motorze na ulicę Kościuszki w Katowicach. W tym momencie nadjechała z góry ciężarówka i staranowała motocykl z kierowcą,. Henryk wyrzucony do góry spadł głową na bruk. Wszystko to działo się na oczach mojej żony, która nieprzytomnego Południaka zawiozła do szpitala, gdzie zmarł po trzech dniach, nie odzyskawszy przytomności. Nie wykluczone, że wyrwanie mnie ze śląska przy pomocy Centralnego Sądu Partyjnego zapobiegło rozszerzeniu tej listy socjalistów zeszłych z tego świata w tajemniczych okolicznościach. W pamięci miałem przecież ostrzeżenie Stanisława Szwalbego przekazane mi jeszcze w Krakowie. śląsk i Zagłębie opuszczałem nie tylko z dużym żalem, ale i z poczuciem częściowej klęski. Według moich planów chciałem pracować w terenie przynajmniej dwa lata, aby opanować gruntownie najzwyklejsze problemy ludzi związanych bezpośrednio z produkcją. Ale nie to było najważniejsze. Wielką liczebnie organizację PPS tego rozległego województwa pozostawiłem w sytuacji, gdy nie dorobiła się jeszcze liderów odpowiadających formatem, umiejętnościami i charakterem politycznym potrzebie chwili. W zespole, który opuszczałem, poważnie występował problem alkoholizmu. A Macura mocno popijał, wtórował mu Kaczmarski stary działacz związkowy. M. Olesiński po przejściu z Będzina do Katowic był początkowo bardzo powściągliwy, ale bardzo szybko "dolce vita" w towarzystwie dwóch sekretarek uderzyło mu do głowy. A przecież działacz polityczny nie ma ściśle prywatnego życia. Wcześniej czy później staje się ono własnością publiczną zwłaszcza, gdy komuś zależy na ujawnieniu kompromitujących faktów. Toteż nie było trudne znalezienie argumentów, aby wykończyć później kierownictwo katowickiego KW PPS po moim odejściu. F. Trombalski był już starcem, pochłoniętym zresztą sprawą Opolszczyzny. R. Motyka został zgładzony ze sceny politycznej, a Aleksy Bień trzymał się z dala. Kandydat na autentycznego przywódcę Aleksy Sieradzki z Zagłębia jeszcze się nie zaktywizował, stopowany przez "wielkiego Aleksego" Bienia. Kiedy włączył się i objął sekretariat w Katowicach, PPS traciła już na dynamice i przeszła na pozycje obronne prowadzące do samounicestwienia. Był rok 1946.

 

Jako "wróg ludu" na Szrenicy
 
Połączenie PPS. i PPR. dokonało się uroczyście w grudniu 1948 r. z wielką pompą na Kongresie Zjednoczeniowym w gmachu Politechniki Warszawskiej. Ja jako już wczesniej skasowany, od kilku tygodni przed zjednoczeniem partii przebywałem daleko poza Warszawą. Po kilku ostrzeżeniach ze strony moich przyjaciół z PPS dałem się namówić na "zniknięcie" na zachodniej granicy.
Wybrałem Karkonosze, zostawiając rodzinę na warszawskim Żoliborzu. Moją bazą było schronisko na Szrenicy w Karkonoszach. Zaprzyjaźniony byłem tam z braćmi Olszewskimi, jeden z nich fotograf gór był szefem schroniska. Drugi inżynier; pracował na dole w Celwiskozie, przyszły budowniczy Portu Północnego w Gdańsku, a jeszcze znacznie później w latach 70-tych, vice-premier rządu komunistycznego. Byli w pełni świadomi mojej sytuacji, ale dzięki ich przyjaźni mogłem tam przetrwać kilka miesięcy. W schronisku jeszcze nie było prądu ani wody, panowały zgoła spartańskie warunki. Dopełnieniem całej sytuacji były częste wizyty wopistów z pobliskiej przecież granicy państwa, którzy chętnie gościli w schronisku, zwłaszcza zimową porą, spełniając rolę ochrony. Byłem jednak wolny i mogłem się powłóczyć po okolicznych szlakach górskich. Podziwiałem łagodne piękno przestrzeni karkonoskiej tak różne od ostrej urody tatrzańskiej. Było to moje odkrycie na granicy zakochania. Schronisko puste zapełniało się dopiero pod koniec tygodnia, ale cały czas było spokojnie i .... czysto.
W Warszawie, na Krasińskiego, moje mieszkanie było pod stałą obserwacją Urzędu Bezpieczeństwa, byli pewni, że uciekłem za granicę. Dochodziło do rewizji i dokopano się do mojego archiwum wojennego działalności Polskich Socjalistów, co mogło zagrozić wielu osobom. Podejrzany był również nasz wyjazd z Jankiem Strzeleckim do Francji na konferencję partii socjalistycznych. Ani moja żona ani syn nie wiedzieli nic o miejscu mojego pobytu. Mogli więc odpowiadać ubekom zgodnie z prawdą.
"Trybunę Ludu", z oceną Kongresu Zjednoczeniowego w Warszawie przeczytałem w schronisku na Szrenicy. Na pierwszej stronie znalazłem swoje nazwisko ze stemplem "wróg ludu i Związku Radzieckiego".
Nastąpił pełen triumf beriowskich komunistów polskich. Dokonali oni swoistego podziału funkcji zachowując jednocześnie całą władzę dla siebie, a więc: wojsko, policję, przemysł, surowce. Oddając chętnie byłym PPS-owcom stanowiska w tzw. nadbudowie, czyli w dziedzinach, w których jest niezbędny kontakt z społeczeństwem. I tak w oświacie widzimy W. Tułodzieckiego, H. Jabłońskiego, w sprawiedliwości H. świątkowskiego i M. Rybickiego, w kulturze K. Rusinka, sporcie L. Motykę i W. Reczka, a w sekretariacie Polskiej Akademii Nauk H. Jabłońskiego. I chociaż wszyscy oni znaleźli się w kleszczach totalnego systemu stalinowskiego to wyróżniali się odrębną kulturą osobistą i organizacyjną. Miało to duże znaczenie, zmiękczyło nieco twarde tryby totalizmu w porównaniu z innymi krajami obozu komunistycznego.
Mój powrót do Warszawy, wiązał się z brakiem środków do życia, koniecznością znalezienia pracy. Ludzie byli jednak mocno wystraszeni. Reakcje personalników w wielu instytucjach były konsekwentnie negatywne. W końcu udało mi się znaleźć "cichą" posadę redaktora technicznego w Polgosie", czyli Wydawnictwach Gospodarczych.
Nie pogrążyłem się w samotności, odnowiłem kontakty, spotykaliśmy się u Grzegorza Załęskiego na Żoliborzu. Częstym gościem był gen. Władysław Bończa-Uzdowski który był tajnym członkiem PPS. Prym wodził Wacuś Zawadzki, który nigdy nie upadał na duchu. Wymienialiśmy nawzajem informacje, co pozwalało mieć większe rozeznanie o tym, co się naprawdę dzieje w życiu publicznym. Takie związki pół-towarzyskie, pół-organizacyjne podtrzymywały naturalny optymizm i poczucie przynależności do dawnej PPS. Były to swego rodzaju działania przedkorowskie. Jednym z twórców późniejszego "KOR" był nasz Wacuś Zawadzki. Oczywiście UB. pracowało. Szukało śladów naszej działalności i, po powrocie do domu ze spotkania u "reakcjonisty" Załęskiego, zastawałem ponurego ubeka. Postanowiłem bardziej zacierać "ślady". Moi partnerzy i przyjaciele polityczni byli już w więzieniu.
Przypadkowo, na Żoliborzu spotkałem Ryśka Janickiego, przyjaciela z czasów konspiracji, który powiedział mi o przyjeździe do Polski francuskiego trenera Mauricego Bacqueta. Miał prowadzić specjalistyczne wykłady, na pierwszym Kursie Trenerów L. A. na warszawskim AWF.
Wtedy ten pomysł przyszedł mi do głowy i szybko się zdecydowałem. Wchodzę do "apolitycznego" sportu, pierwszy stopień to kurs trenerski prowadzony przez Maurice Bacquet. Wiedziałem, że oficjalną drogą dostać się tam jako słuchacz nie miałem szans. Moje wejście do sportu mogło odbyć się tylko kuchennymi schodami, bo centralne było dla mnie, jako "wroga ludu" zablokowane.
Potem był obóz w Zakopanym. Dostałem się tam w końcu dzięki W. Gąssowskiemu, który pod wpływem Janickiego zaprosił mnie na obóz. Tymczasem pani Mackowa która była sekretarką PZLA, pod wpływem partyjnych towarzyszy Forysia i Askanasa, zaproszenie ukryła i nie wysłała. No, bo jak można takiego podejrzanego dopuszczać do młodzieży. Spotkany powtórnie na Żoliborzu Janicki zdziwił się, że nie jestem już na obozie w Zakopanym. I tak od niego przypadkowo dowiedziałem się, że jestem jednak zaproszony. Dojechałem z dużym opóźnieniem, jako człowiek zupełnie nieznany przez zawodników. Odskakując nagle od polityki do sportu, znalazłem się przymusowo w nowej sytuacji, mając nadal możliwość wpływu na młode pokolenie i racjonalne budowanie zespołów.

 

Jest! Światowa cudowna drużyna
 
W drugiej połowie lat pięćdziesiątych zachodnioniemiecka drużyna lekkoatletyczna była uznawana za "drugą potęgę Europy". Była świetna na Igrzyskach Olimpijskich w Melbourne, a przed tym w Bernie na Mistrzostwach Europy. Liczne rekordy, medale - zespół niepokonany do tej pory. Był rok 1957, postanowiliśmy zwyciężyć w nadchodzącym meczu reprezentacji państwowych Polski z RFN na Neckarstadion w Stuttgarcie. Zgodziliśmy się nawet na zmianę punktacji. Niemcy mając świetnych sprinterów, chcąc się zabezpieczyć, zażądali, zamiast zwyczajowej punktacji, w sztafetach 5 : 2 aż 8 : 3. Sztafety niemieckie miały znacznie lepsze wyniki, mimo to bez dyskusji przyjęliśmy ten szalony warunek. Niemcy zacierali ręce, my nadal byliśmy spokojni.
Pamiętam pierwszy dzień zawodów, po którym prowadziliśmy dziesięcioma punktami. Max Danz prezes zachodnioniemieckiego Związku Lekkoatletycznego, który nie okazywał sentymentu do Polaków, nie krył swojego zdumienia i rozdrażnienia. Mówił mi, że liczy na zryw w drugim dniu zawodów, ale Polacy dołożyli jeszcze 4 punkty. Była to pewna wygrana 117 : 103. Przytoczę Maxa Danza z prasy niemieckiej: "... Polacy odnieśli tutaj swoje wielkie zwycięstwo. Zrobili oni ostatnio tak wielkie postępy, że trzeba ich zaliczyć do najlepszych na świecie...". Ja dziękowałem oczywiście za stworzenie w samym Stuttgarcie i na Neckarstadionie tak serdecznej atmosfery. "Mecz był pięknym widowiskiem i już teraz cieszę się z przyszłorocznego spotkania w Warszawie". Tygodnik zachodnioniemiecki "Sport Magazin" relacjonował obiektywnie: "... lekkoatleci polscy po USA i ZSRR są obecnie najsilniejszym zespołem na świecie... Nasi reprezentanci prawie w każdej konkurencji uzyskiwali co najmniej swoje normalne wyniki, nie wystarczyło to jednak żeby przeszkodzić zwycięstwu Polaków, którzy w czasie jednej nocy stali się potęgą lekkoatletyczną. Wyniki, które w normalnych meczach wystarczyłyby do zajęcie pierwszego czy drugiego miejsca przyniosły naszym zawodnikom w kilku konkurencjach zaledwie ostatnie lokaty...".
Był to dla mnie przełomowy moment konsolidacji zespołu na obcym terenie. Przed nami były następne mecze no i Mistrzostwa Europy już za rok w Sztokholmie. Zwycięstwo w Stuttgarcie było wtedy dla mnie czymś więcej niż sportową satysfakcją. Niemcy naród wojowników umieją szanować zwycięzców, właśnie oni zaczęli nazywać polską drużynę - wünderteamem. Byliśmy serdecznie pozdrawiani na trasie dojazdu do hotelu przez duży, jak na tamte czasy, tłum. Przed hotelem trudno było nam wejść do środka. W tłumie ludzi znalazło się kilku mundurowych brytyjskich wojsk strażniczych. Okazali się Polakami, którzy nie wrócili po wojnie do kraju. Wytypowali Władka Płonkę, który jako długodystansowiec, wyglądał najbardziej mizernie. Następnego dnia przynieśli dla niego komplety najmodniejszych garniturów, płaszczy, koszul i butów, do wyboru. Szczególnie serdecznie zachowywał się burmistrz miasta, tłumacząc się przy tym, że nigdy nie był w partii faszystowskiej. Atmosfera po meczu była pierwszym sygnałem po II Wojnie światowej zniwelowania wrogości i możliwości zbliżenia obydwu narodów.
"Stawiał duże wymagania. Ale nie bał się odpowiedzialności. - To ja będę odpowiadał za wszystko - mówił. Raz zachęcał mnie, bym zaatakował rekord Wojska Polskiego na 3 km z przeszkodami. Nie chciałem się zgodzić. - Nie czuję się na siłach tłumaczyłem.
- Pobiegnij - nalegał.
Pobiegłem i poprawiłem rekord aż o pół minuty. On umiał wyczytać z oczu, ile zawodnik jest wart w danej chwili (...). Ale najważniejsze, że był to taki trener, który razem z nami biegał. Ramię w ramię przemierzaliśmy z nim kilometry. Wspólne footingi, zabawy biegowe, przełaje. Na równi z zawodnikami męczył się i pocił"
.

 

Polska - RFN
(13- 14 lipca 1957, Stuttgart)
Mężczyźni 117 : 103
"13 zwycięstw - Neckarstadion", "Drugie miejsce w Europie zdobyte szturmem" (tytuły polskiej prasy). Jeden z największych sukcesów naszego sportu. Nerwowa atmosfera, deszcz w drugim dniu. Kilka wyników wysokiej klasy. Zacięta walka niemalże w każdej konkurencji. Sensacyjne zwycięstwo Swatowskiego w biegu na 400 m nad medalistą olimpijskim Haasem. Dwa rekordy Polski: Piątkowski - rzut dyskiem (53,51 m), Sosgórnik - pchnięcie kulą (16,94 m).
 

 

Mistrzostwa Europy w Sztokholmie - 1958r.
 
Tak jak ojcem nowoczesnego olimpizmu był Francuz baron de Courbetin, tak jego twórczym kontynuatorem był Szwed Lindstroem, główny organizator Igrzysk 1912 w Sztokholmie, który nadał im formy zachowane dotychczas w ich zrębach. Osią Igrzysk była jednak lekka atletyka, która przybiera formalne i zorganizowane formy federacji międzynarodowej IAAF (International Amateur Atletic Federation) oparte na obowiązujących świat sportowy przepisach. Wojna zahamowała dalsze kształtowanie modelu i przepisów, chociaż nie przekreśliła ich całkowicie. Doskonalono je w neutralnych krajach skandynawskich, przy czym rolę twórczego warsztatu, na którym wykuwały się przepisy IAAF był stadion w Sztokholmie zbudowany na Igrzyska 1912. Mistrzostwa Europy 1958 organizowane były przez Szwedów w sposób oszczędny. Zakwaterowani byliśmy w koszarach gwardii królewskiej. Luksusowych, co prawda, ale koszary mają zawsze swój specyficzny charakter. Jednostka ta niedawno wróciła z frontu w Korei. Oficerowie opowiadali nam o tych historycznych wydarzeniach, dzięki czemu otarliśmy się o współczesność widzianą z innej niż nasza strony. Ale tutaj nic nas nie dzieliło. Nie będę szczegółowo opisywał tych historycznych Mistrzostw, bo dokonano już tego wielokrotnie a ja chcę teraz podkreślić ich specyfikę, narzuconą przez zaskakujący start Polaków.
Zaczęło się od biegu na 10 kilometrów. Nie była to jednak tylko jedna z dwudziestu konkurencji lekkoatletycznych, ale stanowiła konkurencje sama w sobie, symbolem nie tylko lekkiej atletyki, ale całego sportu, którego sławę budowali Hannes Kolehmaien, Paawo Nurmi i Emil Zatopek. Zdzisław Krzyszkowiak biegł spokojnie w czołówce biegu i rozpoczął finisz na dwa okrążenia przed metą. Wszystkim wydawało się, że się pomylił a konkurenci nie dali się wciągnąć w przedwczesny wydatek resztki sił na finisz. Ale nie była to pomyłka, tylko nowy wariant finiszu, wypracowany na podbiegach w lasach spalskich. Już od dwóch lat pracowaliśmy nad skutecznością finiszu, doskonaląc ekonomię pracy mięśni oddechowych, tak aby na ostatnim odcinku biegacz był zdolny przejść na rytm: krok-wdech, krok-wydech, co ułatwiło zmianę rytmu i przyśpieszenia kroku na finiszu.
Zatopek, bożyszcze długich dystansów lat pięćdziesiątych, zrywał się do finiszu razem z dzwonkiem zapowiadającym ostatnie okrążenie. Krzyszkowiak kończył bieg wyprzedzając przeciwników o sto metrów.
Taki był pierwszy, szokujący "dzień polski", który zwrócił uwagę prasy, a redaktor sportowy dziennika "Dagens Nyeheter" codziennie zwracał się do mnie o prognozy na dzień następny i o przewidywane miejsca Polaków. Udawało mi się to bez błędu. Robiło to ze mnie swego rodzaju proroka, jeśli chodzi o złote medale. A uzbieraliśmy ich aż osiem. Prawdziwym animatorem ducha bojowego drużyny polskiej był "Mefisto" Witold Gierutto, który swym ostrym humorem i niespożyta energią podnosił optymizm i wiarę we własne siły. Polacy ruszyli do ataku szeroka ława. Na ogół doborowymi parami. Zaskakiwali z reguły przeciwników pierwszymi rzutami czy skokami i byli po tym ostro atakowani przez konkurentów, a my przeżywaliśmy każdą próbę, licząc się ze stratą zajętej już pozycji. W większości wypadków ataki były odpierane.
Drużyna polska stała się sensacją już od drugiego dnia mistrzostw. Od tej chwili każdego wieczoru miałem wizytę znakomitego dziennikarza sportowego z "Berlingske Tindigen" Nie tyle pytał mnie o ocenę zakończonych konkurencji, ile o prognozę, w jakiej konkurencji Polacy zdobędą złoty medal w dniu następnym. Widocznie byłem ściśle zintegrowany z drużyną, czułem ich bieżące dyspozycje (a nie tylko stan wytrenowania i formy), gdyż nie pomyliłem się ani razu. Moje prognozy zaczęto drukować prawie jak proroctwa. Taka popularność miała dodatkową zaletę. Już trzeciego dnia bileterzy nie pytali o kartę uczestnictwa i wpuszczali mnie na stadion, dzięki czemu karta ta mogła służyć lekarzowi, który nie mieścił się w składzie ekipy i musiał głowić się nad tym, jak przemycić się na stadion. Jak z tego drobnego faktu widać, w owych czasach wielkich sukcesów nie przelewało się nam zbytnio. Co zresztą wcale nie demobilizowało, ani obniżało dobrego samopoczucia.
Z ośmiu złotych medali, z których każdy zdobywany był w innym, ale zawsze eleganckim stylu. Najbardziej niezapomniany był medal (a właściwie dwa, bo Polak zdobył również medal srebrny) za bieg na 5 km. Wagę jego zwiększyła niepowtarzalna sceneria. Nastąpiło oberwanie chmury. Woda wypełniła po brzegi krawężników całą bieżnię. Nie można było rozegrać biegu. Po trzydziestu minutach dwa pierwsze tory stały nadal pod woda. Doświadczeni sędziowie szwedzcy zdecydowali się puścić wyścig po trzecim torze, improwizując krawężnik z węża gumowego, za pomocą którego ściągano wodę. Bieżnia była rozmiękła, a kałuże wdzierały się na trzeci i czwarty tor. Dodatkową trudność stanowiło kontrolowanie międzyczasów rozpracowanych dla bieżni 400 m, podczas gdy w tych warunkach jedno okrążenie miało około 430m.
Przed biegiem Krzyszkowiaka byłem pełen obaw. Czy wytrzyma trzeci bieg- po finale 10 km i przedbiegu na 5 km- dzisiejszy finał? Warto przy tym dodać, że nowy mistrz Europy w biegu na 10 km nigdy nie przygotowywał się specjalnie do tego dystansu, bazując jedynie na kondycji ogólnej. A ostatni raz przed Sztokholmem biegał 10 km w finale olimpijskim w Melbourne. Znałem jednak jego zaawansowanie treningowe, dojrzałość startową na skutek czego za siebie i za niego byłem pewny sukcesu na dystansie krótszym po łatwym i przekonywującym zwycięstwie w biegu na 10 km. Który nie zostawił na nim śladów zmęczenia.
Zimny z Krzyszkowiakiem biegali jak na meczu międzypaństwowym. Współpracowali ze sobą, zmieniali prowadzenie, znajdując się stale na czele, aby utrzymać wysokie tempo, które chroniło przed zaskoczeniem na finiszu. I tym razem rozpoczęli go na dwa okrążenie przed metą, a więc prawie na 860 m. Zaskoczenie było tym razem mniejsze, ale podziw większy, gdyż nowy ten sposób przedłużonego finiszu zastosowało dwóch prowadzących biegaczy, którzy nie zostawili żadnych szans swym renomowanym przeciwnikom i to w okresie największej popularności biegów długich.
Kiedy jeszcze doszedł złoty medal w biegu na 3000 m z przeszkodami, radość wśród długodystansowców była wielka. Smutny pozostawał jedynie Marian Jochman, który należąc do czołówki światowej w biegu na 5 km, nie mógł stanąć na starcie, gdyż był trzecim Polakiem na tym dystansie, a regulamin dopuszczał tylko dwóch z jednego kraju.
Na marginesie warto jeszcze przypomnieć o jednym kilkugodzinnym medaliście. Wśród faworytów biegu na 800 m był również Polak Zbigniew Makomaski, świetny taktyk, nie wytrzymujący jednak kilku biegów z rzędu, jak tego wymagały Mistrzostwa Europy. W biegu finałowym cała grupa rozgrywała bieg taktyczny, gdyż nikt nie zdecydował się na ostre prowadzenie. Na przedostatnim wirażu kłębiła się grupa przynajmniej pięciu średniodystansowców. W takim tłoku nietrudno o przepychanie, a nawet kontuzje. W pewnym momencie Anglik Rawson wybiega na murawę, ale po kilku krokach wraca na bieżnię i mimo wytrącenia rytmu, finiszuje skutecznie, pierwszy mijając metę.
Sędziowie dyskwalifikują go jednak za przekroczenie toru. Makomaski, który przybiegł czwarty, znalazł się w medalowej trójce i odebrał brązowy medal. Anglicy złożyli jednak protest. Rawson został wypchnięty na bandę przez konkurentów, a więc nie był to jego błąd, przy czym nie zyskał na tym nic, gdyż nie skrócił dystansu, a nawet go wydłużył. Makomaski dnia następnego zwrócił medal, tak upragniony pierwszy medal polskiego średniodystansowca na Mistrzostwach Europy.
Sztokholm wykazał jednak znacząca przewagę naszej lekkiej atletyki męskiej nad kobiecą, z tym większą radością przyjęto niespodziewany złoty medal Barbary Janiszewskiej w biegu na 200 m, pod nieobecność E. Duńskiej-Krzesińskiej, która pauzowała ze względów macierzyńskich. Potencjalne możliwości sprintu kobiecego zasygnalizowało zdobycie brązowego medalu przez naszą sztafetę 4x100m.
Tak więc po sześciu latach konsekwentnego współdziałania całego, szeroko pojętego zespołu lekkoatletycznego, udało się zdobyć dla lekkiej atletyki polskiej całą opinię sportową. Na meczu USA - Polska stawiało się każdego dnia ponad 100 tysięcy widzów, co stanowiło swoisty rekord świata. W tradycyjnym plebiscycie "Przeglądu Sportowego" na najlepszych sportowców roku, w pierwszej dziesiątce znalazło się 7 mistrzów Europy ze Sztokholmu, wyprzedzając cały sport polski. Miarą popularności biegów długich w tym okresie było zajęcie pierwszego miejsca przez Zdzisława Krzyszkowiaka w plebiscycie międzynarodowych agencji prasowych na najlepszego sportowca Europy roku 1958.
Już w Sztokholmie chciano odkryć tajniki polskiej szkoły biegowej, a redaktor naczelny najpoczytniejszego pisma sportowego "L’Equipe" Gaston Mayer zaproponował mi wspólna wycieczkę do Volodalen miejscowości na północy Skandynawii gdzie mieści się słynna szkoła biegowa dla narciarzy i lekkoatletów prowadzona przez Gostę Olander. Jego system zwany "fartlekiem" panował od paru lat. Dociekliwy dziennikarz francuski chciał skonfrontować obydwu twórców szkół biegowych. Odmówiłem jednak gdyż nie chciałem przerywać silnego fluidu, który mnie łączył z rodzącą się publicznie "Cudowną drużyną".
Przyznam, że miałem powód do dumy, potwierdziła się jakość systemu treningowego, jaki stworzyłem. Tak jak to się może często zdarzać system ten właściwie wynalazłem na samym sobie. Jeszcze w czasie wojny na jesieni 1943 miałem zapalenie płuc, po którym mój organizm był tak wyniszczony, że prawie nie byłem w stanie chodzić. Uświadomiłem wtedy sobie, że jedyną szansą na powrót do normalnego stanu jest ruch w jego najłagodniejszej postaci, jakim jest... trucht. Po przez własny organizm mogłem wyczuwać dawkowanie ruchu i świeżego powietrza. Bo trening zawsze powinniśmy zaczynać od łagodnej akumulacji, która jest możliwa przy pełnej ekonomii ruchu, bo trening biegowy wymaga cierpliwości, której brak jest początkującym biegaczom, przy czym rozbieganie ułatwia każdą czynność ruchową. Nowością było wyniesienie się poza stadion, naturalny urozmaicony teren. Lasy lepiej pobudzają organizm do aktywności.
Na początku moja grupa "długasów" była zbyt ambitna, aby być cierpliwą i bez przerwy ścigali się, maksymalnie naprężeni. Prowadziło to do przetrenowania a nie do budowania podstawowej wytrzymałości. Po wstępnym rozbieganiu można przejść do zabaw biegowych. Po rozgrzaniu i roztruchtaniu trochę ćwiczeń na obszerność ruchu i przechodzimy dla charakterystycznych dla MZB małych odcinków szybkościowych 60-80 metrowych na lekkim skłonie, co ułatwia rozluźnienie. Pod koniec odcinka prostujemy tułów i stawiamy stopy ruchem lekko grzebiącym, zachowując rytm włączonego biegu unikając hamowania. Po 8-10 takich powtórzeniach przechodzimy do ćwiczeń rozciągających z ćwiczeniami płotkarskimi włącznie. Będzie to Mała Zabawa Biegowa zajmująca od godziny do półtorej godziny. Duża Zabawa Biegowa jest powtórzeniem trzech części MZB z dodaniem części najważniejszej składającej się co najmniej z odcinków 300-500m przedzielanych wypoczynkowym truchtem. DZB odbywa się na trasie terenowej a nie na powtarzanych odcinkach na bieżni, jak to jest na ściśle kontrolowanym treningu tempowym. Długość odcinków w DZB zależy od typu długodystansowca 1500-5000 m, czy 5000-10000 metrów. Biegacz wybiera sobie odcinki, na których najlepiej się czuje.

 

Polski mecz stulecia
 
Mecz Polska-USA. Na Stadionie Dziesięciolecia, było to coś niesłychanego. Dwa dni, dwa razy po 110 tys. widzów, bo to nie legenda. Stadion ma 70 tys. miejsc, a były pełne wszystkie schody i pełna korona. To było zjawisko ponad sportowe, bo tego rodzaju mobilizacja prawie się nie zdarza. Jedynie Olimpiada i to największe dni olimpijskie coś podobnego mogą spowodować.
Nikt nie wstaje, nikt nie opuszcza miejsca. Na bieżni znajome sylwetki. Tak, to Polacy. Rywale w tyle. Nasi biegną po zwycięstwo. Ostatnie okrążenie. Nikt im nie zagraża. Piękny wydłużony lekki krok, swoboda ruchów. Rośnie aplauz, zamienia się w szum, potem grzmot. Młodzi ludzie razem, solidarnie idą ramię w ramię, mijają metę. 8. 32. 0, jest rekord świata. Stadion szaleje ze szczęścia. Zawody skończone, ale nikt z widzów nie opuszcza miejsca. Trwa spontaniczna serdeczna owacja. Podziękowanie dla ludzkiej dzielności, wysiłku i pracy. Cudowna atmosfera, jaką wytworzyli reprezentanci "cudownej drużyny".
Komplet na Stadionie Dziesięciolecia! Drużyna amerykańska przyjechała do Warszawy w pełnym składzie, w którym na czoło wybijały się nazwiska rekordzistów świata: Iry Murchisona, Rafera Johnsona, Glenna Davisa, Toma Courtneya, Charlesa Dumasa, Parry O Briena i Harolda Connollyego. Spotkanie Wunderteamu z ekipą lekkoatletów amerykańskich wywołało ogromną sensację. Istotnie, to była fantastyczna walka. Powódź świetnych rezultatów i rekordów. Jerzy Chromik ustanowił w biegu na 3 km z przeszkodami rekord świata (8. 32,0 min), Krzyszkowiak przybiegł na metę w czasie lepszym od dawnego rekordowego rezultatu (8. 33,6 min). Pojedynek na dystansie 800 m został uznany za jeden z najwspanialszych biegów na świecie. Oto Zbigniew Makomaski pokonał samego mistrza olimpijskiego - Toma Courtneya . Polak ustanowił rekord kraju 1. 46,7 min. dalsze dwa pobili: Zenon Ważny w skoku o tyczce (4,53 m), po pasjonujacej walce z Ronaldem Morriesem i Tadeusz Rut w rzucie młotem (64,41 m) po zwycięstwie nad mistrzem olimpijskim i rekordzistą świata Haroldem Connollym oraz doskonałym All Hallem. Ze strony amerykańskiej rekordy kraju pobili: Phil Coleman - bieg na 3 km z przeszkodami (8. 40,8 min), Isabelle Daniels - bieg na 200 m (23,9 sek.), Lillian Greene - bieg na 800 m (2.18,8 min) Willie White - skok w dal (6,16 m). Wielkie widowisko, świadectwo ogromnych możliwości polskiej lekkoatletyki przed mistrzostwami Europy w Sztokholmie. Daniel J. Ferris, sekretarz honorowy AAU: "To były piękne dwa dni. W waszym gościnnym kraju nawet pogoda nie zawiodła pokładanego w niej zaufania. W moim długim, bardzo długim życiu, nieczęsto dane mi było przeżywać sport w tak wysublimowanej formie. W piątek wieczorem, po pierwszym dniu spotkania sądziłem, że był to szczyt emocji, jakie nas mogą w tym meczu spotkać. W sobotę wieczorem doszedłem do przekonania, że tak jak nie ma granicy w możliwościach ludzkiego ducha i ciała - nie ma także granicy w odbieraniu wrażeń nawet przez człowieka, od dziesiątków lat opanowanego przez idee fixe, której na imię lekkoatletyka". Jan Mulak: "Dla Polski ten międzykontynentalny koncert" miał przed Szkokholmem wielkie znaczenie. Był jakby ostatnim wytopem, który ostatecznie świadczy o stopniu hartowności surowca". Georg Eastement, trener lekkoatletycznej reprezentacji USA: "Najsilniejsze ekipy lekkoatletyczne mają obecnie trzy państwa: Stany Zjednoczone, Polska i Związek Radziecki. Jeśli miałbym przeprowadzić klasyfikację, to Polskę postawiłbym na drugim miejscu przed Związkiem Radzieckim". Gazeta "Sowietskij Sport": "Polska - godnym rywalem".

 

Staranne wykańczanie recydywisty
 
Nieprzerwane pasmo sukcesów zespołu lekkoatletycznego stworzyło w opinii społecznej nową wysokiego lotu jakość. Był koniec 1960 roku, na tle szarej przeciętności życia, akceptowanej wtedy powszechnie, kierownictwo partyjne zwróciło uwagę na pochodzenie naszych zbyt błyskotliwych, według nich, sukcesów. Mój wpływ na młode pokolenie, który był i tak już mocno ograniczony do wąskich przecież grup sportowych, promieniował jednak na zewnątrz. Konkurował z zakłamaną ideologią ,,przewodniej siły narodu" i, co gorsza, był poza jej kontrolą. To był jeszcze okres przede wszystkim prymatu nieskazitelnej wschodniej ideologii, której nic nie mogło przyćmić ani przesłonić.
Tępawy w tym względzie Gomułka doszukał się szybko aktualnego "pozapartyjnego" recydywisty, w mojej osobie. Dopiero później Wydział Prasy KC. PZPR uruchomił nakazaną kontrofensywę, otwierając dyskusję na niewinny temat "szkodliwości społecznej sportu" w tygodniku "Polityka" i nie tylko. Brali w niej udział wybitni w tym czasie intelektualiści, pisarze, dziennikarze. Dziennikarze specjalizujący się w L. A. piszący do tej pory peany na cześć "Wunderteamu" nagle zaczęli szukać dziury w całym. Dyspozycyjność wobec partii wpędzała ich nieraz w opary absurdu. Brakowało im medali w dziesięcioboju i maratonie, a nawet w chodzie. Sukcesy były nakazane do wykonania po wskazaniu palcem. Prasa codzienna miała o czym pisać.
Okazało się, że Mulak jest despotą, tyranem i nie jest w stanie, być dyspozycyjnym wobec władzy partyjnej. Brak samokrytyki z jego strony zaprzeczał możliwości dalszej współpracy. Struktury partyjne sprawnie wydawały polecenia swoim członkom. Przed wyborami do Zarządu PZLA zaczęto nakręcać maszynkę wyborczą. Jej skutecznym mechanikiem został nasz wcześniejszy (z Witoldem Gerutto), protegowany- Zdzisław Bill. Był już Sekretarzem Generalnym PZLA. Jak szczerze wyznał nam po latach, obowiązywała go wtedy ostra dyscyplina i musiał wbrew sobie wykonać to "ważne zadanie partyjne". Delegatów z terenu poza zleceniem "zadań", postraszono odebraniem zresztą skromnych subsydiów. Reczek, jako szef całego sportu, trwał na stanowisku i nie reagował. Wiedziałem o tym, że już w czasie Igrzysk w Rzymie, Lempart ustawił go co do mojej osoby.
O "Aferze Mulaka"- donosiła solidarnie prasa jeszcze na dzień przed terminem wyborów. Maszynka wyborcza nakręcona przez Partię zadziałała skutecznie. Ja przegrałem wybory z kretesem, Wicio Gerutto wszedł do Zarządu PZLA na ostatnim miejscu. Nastąpiła zmiana warty. Wiedziałem - co było jedynie istotne - cała struktura napędu psychicznego mojego zespołu ludzkiego, rozsypie się. Będzie to już, nie do odtworzenia.
Sportowa prasa zachodnia nie mogła się nadziwić co to za dziwny interes robią Polacy wykańczając Mulaka. Elżbieta Cunge z francuskiego L/Equipe stawiała sprawę krańcowo sugerując, że polskie władze chyba są niespełna rozumu przerywając tak wielki sportowy eksperyment. Rosjanie wyrażali w prasie swoje zdziwienie, a na adres mojej redakcji przyszedł list od ich szefa wyszkolenia.
Polskie związki sportowe wykazały w stosunku do mnie niezwykłą solidarność. Otrzymałem jednocześnie dwie niezależne oferty, zostania prezesem, związku piłkarskiego lub bokserskiego. Na świetną ofertę pracy jako trenera państwowego, od holenderskiego prezesa Związku LA, postawiono mocny szlaban ze strony polskiego MSW. Z Amsterdamu przysłali już nawet bilety na samolot, holenderski pułkownik, prezes związku LA. był prawie we mnie zakochany - zaproszenie było dla całej rodziny. Już były czasy Gomułki, ale ich argumentacja, co do odmowy paszportu była stara - bierutowska - że miałem wcześniejsze kontakty z socjaldemokratami, za dużo wiem, itd. No i to, że holenderski pułkownik- prezes, jest pewnie agentem NATO. Oficjalnie musiałem więc odmówić. Królestwo holenderskie było zbyt niebezpieczne.
W krajowej prasie sportowej, po krótkim okresie tryumfalizmu, u niektórych dziennikarzy zaczęły się przebijać całkiem nowe głosy. Jerzy Suszko - młody nieposłuszny - rozpoczął kampanię w mojej obronie na łamach kilku pism. Skończyło się na "Tygodniku Powszechnym" gdzie Stefan Kisielewski z talentem na swój sposób, oceniał intencje "zwycięzców" nad Mulakiem. Kiedy egoizm jednostek zaczyna panować nad solidarnością i jakością zespołu szkoleniowego. Dalej analizował rodzaj dziwnego uwielbienia Polaków, dla autorów sukcesów, połączonego z przemożną chęcią, jak najszybszego ich wykończenia.

 

Odejście Krzyszkowiaka
 
Sierpień 1961, Krzyś frunie jak motyl, biegnie w Wałczu po rekord Świata na 3 km z przeszkodami. Jest lepiej o 0,8 sek. Podchodzę do niego, lekarz robi mu zastrzyk, ma zerwane Ścięgno Achillesa. Daję mu tabliczkę czekolady, przewidzianą nagrodę za ten wyczyn.
Dwa lata później Krzyś podejmuje decyzję o zakończeniu kariery, wszyscy protestują: - Jesteś Świetny, najlepszy! Krzyszkowiak odpowiada: - Odejdę, póki jeszcze tak jest. Już czas.
Potem napisał, że powody były nieco inne: "Kiedy w 1961 roku pan Mulak został odsunięty od centralnego szkolenia, zabrakło nam człowieka tej klasy co on. Czułem się sportowo i psychicznie coraz gorzej. Zabrakło przygody, radości i dobrej atmosfery. Zaczynało się wszystko psuć i walić. Następcom Mulaka prawie nic się nie udawało. W biegach średnich i długich Świat zaczął nam szybko uciekać. Skłóceni działacze, pracownicy PZLA i trenerzy nie sprzyjali dobremu wyczynowi. W takiej atmosferze wytrzymałem tylko dwa lata. Kiedy sport już mnie nie cieszył, przynosił tylko niesmak, rozstałem się z wyczynem".

 

Instalacja wideo
Peron numer jeden
 
Najbardziej negatywnym zjawiskiem ostatnich 10-lat, które wyryło się w mojej świadomości jest fakt zabrania niezamożnej młodzieży możliwości dostępu do uprawiania sportu. Skasowanie całego systemu sportu szkolnego, zrujnowanie całej struktury systemu spartakiad szkolnych mogło prowadzić tylko do jednego. Wejścia w blokowiska narkomanii i bandytyzmu. Powstał jeden z największych rynków biorców narkotyków w Europie, a nawet produkcji amfetaminy. Problem ten stale rośnie i stanowi dla władz pole dla doraźnych, medialnych i tylko pozorowanych akcji. Jest to rodzaj mordu na polskiej młodzieży, w momencie wchodzenia do, tak zwanej, rodziny europejskiej. Czy dziki, niedorozwinięty kapitalizm mógł ukształtować prawidłowo tych młodych ludzi?
W dziedzinie nowej sztuki znalazło to odbicie w przejmującej animacji art-wideo Janusza Mulaka "Warszawa Centralna - peron numer 1". Problem społeczny zastraszająco rozwijającej się narkomanii. Do stworzenia ruchu, bez użycia kamery filmowej, została zastosowana nowa forma języka plastycznego. Eksperyment polegał na przenikaniu się statycznych kadrów z aparatu fotograficznego, dla stworzenia ciągłości ruchu Patrzenie na monitor lub na duży ekran daje wrażenie spotęgowanego odbioru jakby przy patrzeniu na ruchomy malarski obraz. Rytmika wolnego przenikania, psychologicznych stanów pięknej twarzy Krzysztofa, ekstremalnego ćpuna, dała mieszankę wybuchową. Prezentacja we Francuskiej Katedrze w Berlinie, na wielkiej międzynarodowej wystawie sztuki, Berlin 2003, była ostrym akcentem. Antykonfekcyjny, antytelewizyjny język, sama jego forma, wyrysowania cierpienia na twarzy narkomana z warszawskiego dworca, dała relację bycia jakby w nim samym. "Warszawa Centralna - peron numer 1" trafiła w nowy, tragiczny problem, dotyczący nas wszystkich, nie tylko w Europie.

 

Copyright © by Janusz Mulak
Created by Agencja reklamowa e-mouse